krew

przygoda z krwią zaczęła się dawno. Pierwszy raz w klasie maturalnej, ale wtedy, to była tylko zabawa i chęć dostania jednego wolnego dnia od szkoły, bo chyba jeżeli dobrze pamiętam, był jakiś sprawdzian.

A na poważnie. Na drugiej mojej parafii. Pamiętam, że był wtedy piękny dzień, słońce, marzyliśmy już wszyscy o wakacjach. I ta straszna wiadomość o wypadku moich uczennic kończących właśnie szkołę podstawową. W cztery dziewczyny wjechał samochód. Jedną Pan powołał do siebie. Jednej nic się nie stało. Ale dwie. Walczyły o życie. Uszkodzone wątroby. Potrzebna była krew. I to dużo. Prawie cztery litry na każdą.

Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy nagle w parafii poczuliśmy się jedną rodziną. Nie była potrzebna żadne namawianie. Każdy czuł, że musi to zrobić. Na moje słowa, że jadę oddać i czekajcie z zakończeniem roku szkolnego aż wrócę, dołączyli się inni; rodzice, nauczyciele.

A potem było dziecko chore na białaczkę. Znajomy ksiądz prosił mnie, czy nie mógłbym pomóc. I tak już zostało. Regularnie, co trzy miesiące, jeżeli zdrowie pozwalało, byłem w malutkiej stacji krwiodawstwa w Szpitalu Dziecięcym na Litewskiej. A gdy ją zamknęli, przeniosłem się do Centrum Zdrowia Dziecka. Może to wszystko jest dziwne, może dla niektórych śmieszne, dziwaczne itd. Dla mnie jest to ważne, po prostu tak rozumiem wypełnianie przykazania miłości bliźniego… Czas pokaże co dalej…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.