‚…kiedy przyjeżdżałem tu ze swoimi rzeczmi pozostawał żal, że zostawiam to co było przez ostatnie lata moją radością. Tworzyłem wiele rzeczy. Były porażki, które strasznie bolały, które nie dawały spokoju, ale które uczyły, co w życiu jest ważniejsze. Były też sukcesy, które niesamowicie cieszyły. Normalne. Jedną z wielu takich radości była między innymi niedzielna Mszę święta z przedszkolami, które tak prosto przyjmowały Jezusa i to co o nim mówiłem. Bez wielkich słów, tak jak tylko dziecko potrafi je zrozumieć. I to pożegnanie z rodzinami, szczególnie tymi, którym pomogłem, tak przynajmniej Oni uważają, zaadoptować dziecko, w sumie pięcioro. Nic wielkiego z nimi nie robiłem, tylko w pewnym momencie ich i swojego życia, na którymś ze spotkań modlitewnych powiedziałem, że może Pan Bóg oczekuje od Was czegoś większego, a zarazem innego niż tylko „in vitro”. Tak już byli zdesperowani w podejmowanych próbach posiadania dziecka, że nawet takie myśli krążyły im po głowie, a przecież związani byli mocno z nauką Kościoła w ruchu oazowym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po roku od tamtego spotkania przyszli po opinie o sobie. Najpierw jedno małżeństwo, potem następne, i jeszcze kolejne. Widziałem jak, przeze mnie słabego i grzesznego człowieczka, Pan Bóg działa w ich życiu. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że były to takie sygnały Pana Boga dla mnie, takie prowadzenie Pana, uczenie mnie, że są rzeczy ważniejsze i potrzebniejsze, że ma swój plan dla mnie i wobec mnie. I tak naprawdę nic nie dzieje sie bez Jego zamysłu. Więcej. Ma ten plan także wobec innych, którym postawił mnie na swojej drodze życia, gdzie ja mam być tylko narzędziem w Jego rękach…’
/fragment, którego całość ukaże się w najbliższym czasie w kwartalniku ‚Pastores’/

Podziel się:

Average Rating: 5 out of 5 based on 229 user reviews.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.