przygoda z krwią zaczęła się dawno. Pierwszy raz w klasie maturalnej, ale wtedy, to była tylko zabawa i chęć dostania jednego wolnego dnia od szkoły, bo chyba jeżeli dobrze pamiętam, był jakiś sprawdzian.

A na poważnie. Na drugiej mojej parafii. Pamiętam, że był wtedy piękny dzień, słońce, marzyliśmy już wszyscy o wakacjach. I ta straszna wiadomość o wypadku moich uczennic kończących właśnie szkołę podstawową. W cztery dziewczyny wjechał samochód. Jedną Pan powołał do siebie. Jednej nic się nie stało. Ale dwie. Walczyły o życie. Uszkodzone wątroby. Potrzebna była krew. I to dużo. Prawie cztery litry na każdą.

Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy nagle w parafii poczuliśmy się jedną rodziną. Nie była potrzebna żadne namawianie. Każdy czuł, że musi to zrobić. Na moje słowa, że jadę oddać i czekajcie z zakończeniem roku szkolnego aż wrócę, dołączyli się inni; rodzice, nauczyciele.

A potem było dziecko chore na białaczkę. Znajomy ksiądz prosił mnie, czy nie mógłbym pomóc. I tak już zostało. Regularnie, co trzy miesiące, jeżeli zdrowie pozwalało, byłem w malutkiej stacji krwiodawstwa w Szpitalu Dziecięcym na Litewskiej. A gdy ją zamknęli, przeniosłem się do Centrum Zdrowia Dziecka. Może to wszystko jest dziwne, może dla niektórych śmieszne, dziwaczne itd. Dla mnie jest to ważne, po prostu tak rozumiem wypełnianie przykazania miłości bliźniego… Czas pokaże co dalej…

Podziel się:

Average Rating: 4.5 out of 5 based on 157 user reviews.


‚…kiedy przyjeżdżałem tu ze swoimi rzeczmi pozostawał żal, że zostawiam to co było przez ostatnie lata moją radością. Tworzyłem wiele rzeczy. Były porażki, które strasznie bolały, które nie dawały spokoju, ale które uczyły, co w życiu jest ważniejsze. Były też sukcesy, które niesamowicie cieszyły. Normalne. Jedną z wielu takich radości była między innymi niedzielna Mszę święta z przedszkolami, które tak prosto przyjmowały Jezusa i to co o nim mówiłem. Bez wielkich słów, tak jak tylko dziecko potrafi je zrozumieć. I to pożegnanie z rodzinami, szczególnie tymi, którym pomogłem, tak przynajmniej Oni uważają, zaadoptować dziecko, w sumie pięcioro. Nic wielkiego z nimi nie robiłem, tylko w pewnym momencie ich i swojego życia, na którymś ze spotkań modlitewnych powiedziałem, że może Pan Bóg oczekuje od Was czegoś większego, a zarazem innego niż tylko „in vitro”. Tak już byli zdesperowani w podejmowanych próbach posiadania dziecka, że nawet takie myśli krążyły im po głowie, a przecież związani byli mocno z nauką Kościoła w ruchu oazowym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po roku od tamtego spotkania przyszli po opinie o sobie. Najpierw jedno małżeństwo, potem następne, i jeszcze kolejne. Widziałem jak, przeze mnie słabego i grzesznego człowieczka, Pan Bóg działa w ich życiu. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że były to takie sygnały Pana Boga dla mnie, takie prowadzenie Pana, uczenie mnie, że są rzeczy ważniejsze i potrzebniejsze, że ma swój plan dla mnie i wobec mnie. I tak naprawdę nic nie dzieje sie bez Jego zamysłu. Więcej. Ma ten plan także wobec innych, którym postawił mnie na swojej drodze życia, gdzie ja mam być tylko narzędziem w Jego rękach…’
/fragment, którego całość ukaże się w najbliższym czasie w kwartalniku ‚Pastores’/

Podziel się:

Average Rating: 4.7 out of 5 based on 252 user reviews.