Ah… wiem, wiem. Nikt do niej nie lubi chodzić, a jak się już do niej nie chodzi, to zaczylona się wspominać i tęsknić. Na starym zdjęciu moje LO. To były czasy. 🙂 W klasie było nas, znaczy chłopaków 7 i 35 dziewczyn. Oczywiście jak przystało na chłopaków siedzieliśmy w pierwszym rzędzie i chyba tylko na niemcu siedzieliśmy z tyłu. Oj, dużo się działo. Było to chyba najbrdziej czerwone liceum w mieście. No takie to były czasy – komuny. W pierwszej klasie musieliśmy się nauczyć śpiewać hymn radziecki. Do dzisiaj go pamiętam. No, ale o wszystkim nie da się napisać, więc tylko dwa epizody, może śmieszne, może nie.

     Pierwszy. Obok szkoły była piekarnia. Piekła świetny chleb. No niestety, albo stety, do dzisiaj pamiętam smak tego chleba i żaden nie może dorównać tamtemu. Dlaczego tak smakował? Bo był wyrabiany ręcznie. I zawsze na dużej przerwie była kolejka. Bo nie tylko my mieliśmy taki genialny pomysł. Znaczy – inni zaczęli go kopiować od nas. Kupowaliśmy cały bochenek i dzieliliśmy na siedmiu. Do tego mleko. Co to była za uczta. Jedyna w swoim rodzaju.

     Drugi. Zapowiedziano sprawdzian z matmy. Oczywiście jak to bywa – zero przygotowania. Na dodatek w klasie wszyscy nie przygotowani, przynajmniej tak się deklarowali. Co tu robić. No to uciekamy. Ja uciekłem. Reszta została. Za dziesięć minut Lidka – nasza wychowaczyni, która zawsze walczyła o ucznia na radzie pedagogicznej, była w domu. Oczywiście musiałem iść do szkoły. Na lekcje, do Żbikowskiej. Dziewczyny jak szły do niej do tablicy, to zdarzało się, że kartka je odwoziła. Postrach wszystkich klas. I dostałem. Wiadomo co. A na marginesie pisząc z rachunku prawdopodobieństwa nie mogła się nadziwić dlaczego to rozumię, gdy wszyscy nie wiedzą o co w tym chodzi.

     Więcej przykładów z życia szkoły nie będę opisywał, bo jeszcze niektórzy pomyślą, że niezłe ziółko ze mnie było. Ano było, a może i jest. 😉

Podziel się:

Average Rating: 4.6 out of 5 based on 283 user reviews.

‚lepiej być niż mieć’

/Cecylia Plater-Zyberkówna, 1853-1920/

 szkola

   …były i są dość ważnym etapem mojego życia. Chyba w sumie ponad 11 lat posługi duszpasterskiej od drugiego roku reaktywowania szkoły, która w latach przedwojennych uważana była za jedną z lepszych, jeżeli nie najlepszych. Zaczęło się od rekolekcji. Nie chciałem ich prowadzić. Miałem i tak dość swoich obowiązków, a tu jeszcze to. I w dodatku wyjazdowe na trzy dni. Zazwyczaj scenariusz Pan Bóg w podobnych sytuacjach pisze taki sam – ksiądz, który miał je prowadzić, gdzieś musiał nagle wyjechać, ktoś musiał go zastąpić. Ja się bronię i chociaż nie wiem co będe mówił to jadę wierząc, że to nie ja będę je prowadził. Przygotowywanie trwało z dnia na dzień. W ciągu dnia nauki i zabawy. Wieczorami konferencja dla nauczycieli. W nocy przygotowanie do kolejnego dnia. Były to w ogóle specyficzne rekolekcje -bo po pierwsze – wielkopostne, po drugie – wyjazdowe,  po trzecie – nauczyciele angażowali się w ich przeprowadzenie i sami w nich uczestniczyli, a na marginesie nie mieli za to płacone – chcieli to robić i widzieli w tym sens,  po czwarte – nie były to tylko nauki i Msza św., ale tak były pomyślane, aby całe trzy dni, wszystkie zabawy, gry, podchody, droga krzyżowa, spowiedź, i to wszystko co udało sie nam wymyśleć kręciło się wokół jednego tematu np. ‚Dziesięciu przykazań’, czy innego ‚Co Maryja zrobiłaby na moim miejscu’. Był nawet czas, że chcieliśmy wydać książkę na ich temat, no ale w tym wszystkim gdzieś zabrakło czasu na przysiad i jej dokończenie.

   Zastanawiam się dlaczego po tych pierwszych rekolekcjach zdecydowałem się i już pozostałem w tej szkole. Nie wiem czy to zaważyło, ale na pewno pomogło w podjęciu decyzji. Zdarzyła się taka oto sytuacja: Któregoś tam dnia podchodzą rodzice i pytają: „A co ksiądz z nimi tam wyrabiał?” Zaczynam tłumaczyć, że to i tamto. A oni – „Ale nie o to chodzi.” „A o co?” – pytam. Na to rodzice – „Ale co ksiądz im tam mówił.” Widzę, że rozmowa zmierza w jakimś dziwnym kierunku. Już się boję o posądzenie, że robiłem tam pranie mózgu. I wtedy jedna z mam mówi: „Powinien ksiądz częściej na takie rekolekcje je zabierać.” Zdziwiony zapytałem: „A co się takiego stało?” „A bo proszę księdza, ona po rekolekcjach jest nie do poznania. Nie kłóci się ze swoim rodzeństwem. Czasami się zastanawiam czy to ona.”

   Można by nie jedno napisać, na temat tej szkoły, jej założycielki, dziewczyn, również tych, które walczyły podczas Powstania Warszawskiego, związku bł. Jerzego Matulewicza ze szkołą, itd. Zainteresowanych odsyłam na stronę internetową szkoły http://www.cpz.edu.pl/

Podziel się:

Average Rating: 4.4 out of 5 based on 244 user reviews.