marzenia

‚Marz o rzeczach wielkich, to Ci przynajmniej pozwoli zrobić kilka małych.’ /Jules Renard/

… jest ich wiele, ale jednym z nich się podzielę. A jest nim wypuszczenie się takim1s_m oto samochodem, albo podobnym w podróż, na początek może być zachodnia albo północna Europa. Na razie to marzenie raczej trudne do spełnienia, szczególnie teraz, kiedy buduje się kościół, i raczej trudno zostawić budowę na miesiąc czasu. Ale przewodniki z konkretnymi trasami mam przestudiowane. Gorzej z ekipą. Każdy jakoś się boi takiej podróży. Mam kilka takich wypraw za sobą. Jednej z nich chyba nigdy nie zapomnę. Jechaliśmy wtedy dostawczym busem na Lazurowe Wybrzeże. Wspomnienia pozostały. Te pozytywne i niestety te, które chciałbym zapomnieć, a nie umiem. Mały incydent z jednym facetem, który pojechał z nami bez …, po prostu na ‚sępa’ i gdzieś tam pod Monachium musieliśmy korygować całą trasę i cały czas liczyć czy starczy, żeby wrócić do domu. Teraz musi to być ekpia, która po prostu nie nawali. I nie mam na myśli finansów. Taka, która będzie potrafiła za siebie życie oddać. A taka wyprawa nie jest łatwa. Najbardziej dokuczają kilometry. I nawet wiem z Kim chciałbym pojechać. Ale to kolejne marzenie. A nie o wszystkich marzeniach będe pisał. Ale mnie wzięło z tymi wakacjami…

wakacje

…czas wolny od szkoły, od uczelni, od pracy, no może czasem od siebie. Żyje się wolniej i spokojniej. Czas bardziej bestroski i bestresowy. Myśli kierujemy do ciepłych krajów i do miejsc, które wspominamy z minionych wakacji. Jednak nie dla wszystkich jest wolny. Niektórzy pracują. Warto o nich pamiętać, wysyłając im kartkę czy sms-a… z pozdrowieniami z wakacji.

Sasino, mała dziura nad morzem z dziką plażą i znikomą ilością plażowiczów (super, że jeszcze takie są), z namiotem w sadzie u zaprzyjażnionych gospodarzy, który czasami podczas silnych i długotrwałych deszczów przeciekał na szwach, z burzami w nocy, z morzem oddalonym o 3 km, zachodami słońca i spacerami do namiotu nocą przez ciemny las, ale też z dobrą smażalnią ryb i uroczym pałacykiem. To miejsce do którego, co roku staram się wracać. Nie zawsze wychodzi. W tym roku – jeszcze nie wiem. Nie powiem dokładnie, gdzie to jest, żeby się tam nie zrobiło za ciasno, chociaż z czasem to na pewno nastąpi. Jak nie to, jest jeszcze inne, awaryjne, w Borach Tucholskich, na granicy z rezerwatem, ale gdzie to jest, to już nie powiem. No chyba, że ktoś chce pojechać ze mną. Wtedy się dowie. Najlepsze jest tam odbieranie telefonów. Żeby to zrobić, to najlepiej, albo wejść na wieżę obserwacyjną, albo jechać kilka kilometrów, aby był zasięg. Ale da się przeżyć.

krew

przygoda z krwią zaczęła się dawno. Pierwszy raz w klasie maturalnej, ale wtedy, to była tylko zabawa i chęć dostania jednego wolnego dnia od szkoły, bo chyba jeżeli dobrze pamiętam, był jakiś sprawdzian.

A na poważnie. Na drugiej mojej parafii. Pamiętam, że był wtedy piękny dzień, słońce, marzyliśmy już wszyscy o wakacjach. I ta straszna wiadomość o wypadku moich uczennic kończących właśnie szkołę podstawową. W cztery dziewczyny wjechał samochód. Jedną Pan powołał do siebie. Jednej nic się nie stało. Ale dwie. Walczyły o życie. Uszkodzone wątroby. Potrzebna była krew. I to dużo. Prawie cztery litry na każdą.

Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy nagle w parafii poczuliśmy się jedną rodziną. Nie była potrzebna żadne namawianie. Każdy czuł, że musi to zrobić. Na moje słowa, że jadę oddać i czekajcie z zakończeniem roku szkolnego aż wrócę, dołączyli się inni; rodzice, nauczyciele.

A potem było dziecko chore na białaczkę. Znajomy ksiądz prosił mnie, czy nie mógłbym pomóc. I tak już zostało. Regularnie, co trzy miesiące, jeżeli zdrowie pozwalało, byłem w malutkiej stacji krwiodawstwa w Szpitalu Dziecięcym na Litewskiej. A gdy ją zamknęli, przeniosłem się do Centrum Zdrowia Dziecka. Może to wszystko jest dziwne, może dla niektórych śmieszne, dziwaczne itd. Dla mnie jest to ważne, po prostu tak rozumiem wypełnianie przykazania miłości bliźniego… Czas pokaże co dalej…

cud

‚…kiedy przyjeżdżałem tu ze swoimi rzeczami pozostawał żal, że zostawiam to co było przez ostatnie lata moją radością. Tworzyłem wiele rzeczy. Były porażki, które strasznie bolały, które nie dawały spokoju, ale które uczyły, co w życiu jest ważniejsze. Były też sukcesy, które niesamowicie cieszyły. Normalne. Jedną z wielu takich radości była między innymi niedzielna Mszę święta z przedszkolami, które tak prosto przyjmowały Jezusa i to co o nim mówiłem. Bez wielkich słów, tak jak tylko dziecko potrafi je zrozumieć. I to pożegnanie z rodzinami, szczególnie tymi, którym pomogłem, tak przynajmniej Oni uważają, zaadoptować dziecko, w sumie pięcioro. Nic wielkiego z nimi nie robiłem, tylko w pewnym momencie ich i swojego życia, na którymś ze spotkań modlitewnych powiedziałem, że może Pan Bóg oczekuje od Was czegoś większego, a zarazem innego niż tylko „in vitro”. Tak już byli zdesperowani w podejmowanych próbach posiadania dziecka, że nawet takie myśli krążyły im po głowie, a przecież związani byli mocno z nauką Kościoła w ruchu oazowym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po roku od tamtego spotkania przyszli po opinie o sobie. Najpierw jedno małżeństwo, potem następne, i jeszcze kolejne. Widziałem jak, przeze mnie słabego i grzesznego człowieczka, Pan Bóg działa w ich życiu. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że były to takie sygnały Pana Boga dla mnie, takie prowadzenie Pana, uczenie mnie, że są rzeczy ważniejsze i potrzebniejsze, że ma swój plan dla mnie i wobec mnie. I tak naprawdę nic nie dzieje sie bez Jego zamysłu. Więcej. Ma ten plan także wobec innych, którym postawił mnie na swojej drodze życia, gdzie ja mam być tylko narzędziem w Jego rękach…’

/fragment, którego całość ukaże się w najbliższym czasie w kwartalniku ‚Pastores’/