…chyba już na temat kolorów pisałem, że lubię z nimi kombinować. Wszystko zaczęło się chyba podczas Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie nad Menem, największej tego typu imprezie wystawienniczej na świecie. Wszystkie targi, które widziałem w kraju wobec tamtych są kopciuszkiem. Tam też nauczyłem się pokory, widząc ilu wydawców prezentuje się na targach, chociaż każdy wiedział, że nie wszyscy przyjeżdżają. Ale tam być, to był prestiż. Od 2000 r. nasze małe wydawnictwo jest co roku na nich obecne. Nigdy nie starczyło czasu, aby podczas pięciu dni pobytu zobaczyć wszystko i być wszędzie. Do poruszania się między halami służyły ruchome chodniki, ale i tak aby przemieścić się z hali np. 1 do 8, można było sobie swobodnie zarezerwować z 15 minut.
Nie pamiętam dokładnie w którym roku to było, ale zobaczyłem wtedy stoisko Holendrów w tonacjach pomarańczy i granatu. Nawet lampki na stolikach dla gości odwiedzających ich stoisko miały podstawy granatowe, a klosze pomarańczowe. Po powrocie razem z Piotrem, zaczęliśmy konsekwentnie wprowadzać kolor pomarańczowy i granatowy jako kolor rozpoznawczy naszego wydawnictwa. Początkowo nieśmiało, bo oczywiście wszyscy pukali się w czoło i pokazywali co myślą o naszym pomyśle. Z upływem czasu przyzwyczaili się, a inni wydawcy katoliccy zaczęli kopiować nasz pomysł i wymyślać swoje barwy. I o to chodziło, aby było kolorowo, a nie tylko czarno i biało… Po to Pan Bóg stworzył kolory, aby ich używać!
? A na zdjęciu nowy Salon Sprzedaży, tuż przed otwarciem – można powiedzieć, że ostatnie moje dzieło w wydawnictwie. A tak mnie jakoś naszło, bo rok temu się z nim żegnałem.

…było o powołaniu, to teraz może o gotowaniu i jak to się zaczęło. No przede wszystkim to babcia świetnie gotowała. Wyostrzenie kubków smakowych zawdzięczam jej. A potrafiła zrobić coś z niczego. Ale zaczęło się chyba w siódmej klasie. Pojechałem do mojej cioci w Berlinie na wakacje. No jak to bywa, na wakacjach w wielkim mieście, czasami się nudziło. Ale szykował się wtedy jakiś zjazd rodzinny, goście z wszystkich krajów i niestety dużo gości. Kucharzem był wujek, który całymi dniami siedział w kuchni. W pewnym momencie do pieczonego mięsa zaczął dolewać piwo. I to mnie zafascynowało. Dlaczego? Już wtedy stawiałem takie pytanie. Tłumaczył, a potem kazał, nakryć do stołu, tak jak to powinno wyglądać w najlepszej restauracji. Gdzie nóż, po której stronie widelec, serwetka, talerz ten do tego, a tamten do tego. Wiele się wtedy nauczyłem. Po powrocie chciałem od razu spróbować w domu. Ale nie było to takie łatwe. Powód, babcia, która nie wierzyła, że coś tam potrafię. Z czasem powoli ustępowała swojego miejsca. A ja kombinowałem, głównie ze smakami. I tak zostało, aż do dzisiaj. Tylko czasu na to kombinowanie brakuje. Ale czasem przychodzi taki dzień, że mnie niesie, więc wtedy do kuchni. Warunek jest wtedy tylko jeden, wszyscy wychodzą… z kuchni. I wtedy powstaje schab w białym winie, z kiszoną kapustą, albo zrazy zawijane w czerwonym winie z buraczkami. No czasami jeszcze coś innego. Ostatnio mam ochotę na przygotowanie sushi. No, ale właśnie ten czas. Dla tych, którzy chcą znać mój przepis na mięso na grilla podaję: dzień wcześniej wieczorem pokroić mięso. Nie muszę chyba tłumaczyć, że powinno być świeże, najlepiej prosto z ubojni. Do marynowania używam; oleju z pestek winogron i przyprawy ‚Kamis’; klasyczną albo pikantną. Proporcje, u mnie na oko. ? W każdym bądź razie marynata powinna być płynna. Każdy kawałek mięsa zanurzamy w marynacie i wkładamy do osobnej miski. Przykrywamy folią i wkładamy do lodówki. Niech skruszeje. A zapomniałbym o jeszcze jednym składniku, ale o nim piszę na stronie ‚kulinaria’, więc nie będę się powtarzał.
Kasia i Łukasz, moi przyjaciele, jedni z … . Brakuje Antosia, ale wtedy gdy błogosławiłem ich małżeństwo, był tylko w zamysłach Bożych. I cieszę się, że na sam koniec mojego pobytu w Warszawie, dane mi było z małego poganina zrobić, dziecko Boże. Mam nadzieję, że wybaczą mi, że umieściłem tu ich zdjęcie. Ich zaślubiny były wspaniałe, jak i te zdjęcia. Jeszcze takiego wykonania nie widziałem. No i nasz zabytkowy kościół z XVII wieku w Mariańskim Porzeczu, drewniany z malowidłami na ścianach, który dodawał uroku całości. Mówię nasz, bo tam się spotykaliśmy przez trzy lata. Łukasza jeszcze wtedy nie znałem, poznałem go, gdy był w szkole średniej, a przyszedł odwiedzić Kasię w szpitalu w Aninie, gdzie miała operację na sercu. Już wtedy wiedziałem, że będą małżeństwem. Oni, chyba jeszcze nie. Skąd. Po prostu wiedziałem.
znowu o wakacjach. Pogoda jak na lato, nie najlepsza. Ciągłe deszcze, burze. Przypomniały się więc, wakacje z 2005 r. i jeszcze jedno miejsce do którego lubię wracać – Bawaria. I nie tylko, że kilku moich kolegów tam mieszka. Po prostu uroczy zakątek świata. Zielono, Alpy, zamki. Bajka. Byłem tam wtedy z córką mojej kuzynki. No i jednym zdaniem; gdybyśmy wyjechali jeden dzień później, to byśmy już nie wyjechali. Przez wszystkie dni naszego tam pobytu lało. Powódź. Mosty zalane. Drogi zamknięte.